Eksploracja Podkarpacie

Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukanie zaawansowane  

Aktualności:

SMF - Just Installed!

Autor Wątek: Foch nawigacji ratuje nas z opresji  (Przeczytany 759 razy)

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Foch nawigacji ratuje nas z opresji
« dnia: Styczeń 07, 2017, 05:40:45 pm »

Ostatni dzień mijającego roku, postanowiliśmy rozpocząć w mało tradycyjny sposób, bo od pleneru i najlepiej coś w urbeksowych klimatach.

Nasze niewielkie miasteczko opuszczamy w momencie gdy na ulicach i sklepach zaczyna się szał sylwestrowych przygotowań, kiedy to zakup paczki papierosów wiąże się z wystaniem w sporej kolejce.
W mijanych przez nas wioskach jest podobnie, co większy sklep to i spore skupisko samochodów w większości zaparkowanych metodą "gdzie tylko się da".

Większość trasy przychodzi pokonać nam bocznymi, mniej uczęszczanymi drogami, ale po bardziej malowniczym terenie w otoczeniu lasów.
Zalęgająca odcinkami gruba warstwa lodu nie zezwala na szybką jazdę, rzadko kiedy wskazówka prędkościomierze przekracza cyfrę "50".

Mniej więcej po godzinie, docieramy do pierwszego zaplanowanego punktu.
Na zdjęciach satelitarnych to miejsce ma kształt prostokąta, podzielonego groblą na sześć mniejszych.
W trzech narożnikach, wprawne oko dostrzeże zespół budynków oraz cień rzucany przez smukłą budowle, który zdradza ich charakter.

Pierwszy kompleks budynków cegielni nie stwarzał wrażenie miejsca opuszczonego. Z wnętrza samochodu obserwujemy otoczenie. Duży plac, zabezpieczony przed wjazdem jedynie sporych rozmiarów łańcuchem i paletą postawioną na sztorc, nie nosi śladów dewastacji.
Podobnie jak i znajdujące się tu urządzenia i pojazdy, dodatkowo zabezpieczone są brezentem czy metalowym daszkiem.
Drewniane wiaty o dwuspadowym dachu, wewnątrz których na drewnianych paletach zabezpieczone grubą folią, ułożone w równiutkich stosach cegły gotowe do transportu.
Cały plac, przyprószony cienką warstwą śniegu, uzyskał prawie nieskazitelnie gładką płaszczyznę. Mało zauważalny, wąski ślad opony rowerowej, burzy tą harmonię.
Jednogłośnie pada decyzja, że ten kompleks przebadamy po rozpoznaniu kolejnych dwóch zespołów zlokalizowanych na przeciwległym końcu glinianki.

Wąską groblą, przeoraną wzdłuż dwoma równoległymi koleinami, dużo szerszymi od rozstawu kół w naszym samochodzie, kierujemy się do kolejnego obiektu.
Z oddali dostrzegamy sylwetkę pojazdu, chwilę później będąc już na tyle blisko, jesteśmy w stanie zidentyfikować jego markę.
W momencie omijania przeszkody, jak spod ziemi tuż przy masce samochodu wyrasta, jak się później okaże- właściciel cegielni do której właśnie dotarliśmy.
Ten przesympatyczny człowiek, oprowadza nas po terenie cegielni, która cztery lata temu z przyczyn ekonomicznych, zaprzestała działalność produkcyjną. Pierwsza, w której byliśmy- rok wcześniej, trzecia do której jeszcze nie dotarliśmy- całkowicie już popadła w ruinę (z wizyty w niej ostatecznie zrezygnowaliśmy). Dowiadujemy się o kolejnych, a było ich tutaj kilkanaście- obecnie nie ma już po nich śladu. Każda okoliczna wioska miała cegielnię- dodaje właściciel.
Wskazuje na otaczające nas głębokie doły, tzw glinianki skąd wydobywano glinę. Obecnie doły zalane są wodą, dzisiaj dodatkowo skute lodem, a przy nich bez ruchu tkwią dwie nieduże koparki.


Wracamy ponownie do pierwszej. Już bez jakichkolwiek zahamowań, przekraczamy granicę wyznaczoną sporym łańcuchem z paletą pośrodku.
Pierwsze kadry ogólne, kolejne już bardziej szczegółowe. Jesteśmy pod wrażeniem stanu zachowanego sprzętu, który stwarza wrażenie jakby czas stanął w miejscu.
Będąc jeszcze przy wejściu obok budynku pieca kręgowego typu "Hoffmann", stoję i czekam co by nie wejść w kadr. Wpatrzony w bezkres palet cegieł złożonych pod drewnianymi wiatami, kątem oka dostrzegam ruch na końcu placu.
Mój wzrok przyciąga postać starszego mężczyzny, wyskakującego z parterowego budynku mieszkalnego. Próbuję zwrócić jego uwagę głośnym "dzień dobry"- mężczyzna przyśpiesza. Przecina plac w poprzek, na wysokości końca pieca. Kolejna moja próba sprawia, że tajemniczy mężczyzna ubrany w luźny sweter, spogląda nie na mnie lecz za siebie, na dom z którego tak gwałtownie wyskoczył. Po chwili znika mi z oczu. Z mojej odległości i perspektywy, wyglądało tak jakby wskoczył do wnętrza Hoffmanna. Hmm, tylko, że z mojej strony wejścia do pieca są zamurowane.
Zachęceni kolejną maszyną, osłoniętą metalowym daszkiem, kierujemy się za budynek pieca.
Tam kolejna, schowana w cieniu ceglanego pieca, niewielka cysterna na platformie kołowej.
W części północnej placu, odnajdujemy dwie linowe koparki, a dalej, na tle ściany frontowej parterowego domku, spoczywa zwyżka o udźwigu trzystu kilogramów.
W miejscu gdzie zaczyna się lód, ślady stóp wyciśnięte w miękkim śniegu, urywają się.
Przypuszczamy, że ów starszy człowiek ukrył się w jednej z dwóch wiat, znajdujących się w tej części nieczynnego kompleksu. Wejścia do pieca, podobnie jak w części południowej, są zamurowane.
Najbliższe otoczenie to wielka pustynia, nie ma tu domów- najbliższe oddalone są o dwa kilometry stąd. Gdzieniegdzie tylko nie wielkie skupiska drzew- tą porą roku, ogołocone z liści.
Z wiadomego powodu, nie podejmujemy próby wejścia do budynku mieszkalnego. Nie chcemy naruszać czyjeś prywatności.
Środkiem placu kierujemy się ku wyjściu.
Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie i.....  zza węgła pieca wyłania się znana mi z dziwnego zachowania postać mężczyzny.
Nie biegnie. Wolnym krokiem kieruje się do domku. Po chwili nasz wzrok spotyka się. W celu nawiązania kontaktu, podnoszę prawą dłoń do góry. Miejscowy, odpowiada tym samym gestem, i nie zatrzymując się ani na sekundę, rzuca pytanie "a co wy tu?". Szybka moja odpowiedź, że "zdjęcia", powoduje u niego machnięcie ręką i krótkie "róbcie sobie", po chwili znika nam z oczu.

Nagrzane promieniami słońca wnętrze samochodu przynosi ulgę naszym zmarzniętym od statywów dłoni. Skostniałymi od mrozu palcami, wbijam kolejne koordynaty.
"Piętnaście kilometrów do celu. Cel znajduje się na drodze nieutwardzonej". Ostatni komunikat, dodatkowo zaakcentowany czerwonym tłem, wymaga potwierdzenia. Wciskam "ok"
Ruszamy pod nisko zawieszone zimowe słońce, które coraz bardziej daje mi się we znaki. Oślepiając, utrudnia mi jazdę.
Po dziesięciu przejechanych kilometrach, miły głos wydobywający się z głośnika nawigacji informuje nas o zmianie kierunku jazdy. Do celu pozostało pięć kilometrów. Pięć?, miał być jeden kilometr.
Z szerokiej o czarnej nawierzchni jezdni, zjeżdżamy na dużo węższą, zapomnianą przez piaskarkę, drogę.
Pozostały do przejechania, pięciokilometrowy dystans nie daje mi spokoju.
Ponownie sprawdzam współrzędne- są takie same jak te spisane w notesie.
Ślimaczym tempem zjeżdżamy z jednej drogi i wjeżdżamy na drugą.
Na ostatnim rozwidleniu, głos nawigacji wyraźnie nakazuje skręcić w lewo. Mijamy ostatnie domy tej miejscowości. Wąziutka droga zaczyna piąć się łagodnie w górę pomiędzy polami.
Wciśnięty mocniej pedał gazu powoduje, że przednie koła tracą przyczepność- pulsacyjnym świeceniem, pomarańczowa kontrolka systemu ESP daje znać o sobie.
Z miejsca, skąd rozpościera się ładny widok na okolice, po prawej stronie drogi, dostrzegamy cel naszej dzisiejszej wycieczki. W oddali, za drzewami o koronach przyozdobionych białym puchem, majaczą sylwetki interesujących nas budynków.
O bielonych ścianach przydrożna kapliczka, która przy planowaniu wyjazdu miała znajdować się po prawej stronie drogi, teraz tkwi po lewej.
Wszystko wskazuje na to, że nawigacja nadłożyła nam dość sporo drogi, a do celu dotarliśmy przez..... następną wieś.

Dojeżdżamy do kolejnego rozwidlenia na którym asfaltowa szosa łagodnym łukiem skręca w lewo, a na prawo, ostrym zakrętem, przechodzi w drogę nieutwardzoną.
Ostatni, dwustumetrowy odcinek kamienistej, bardzo wąskiej drogi wiedzie centralnie do opuszczonego kompleksu.
Po lewej przylegają zaorane pole, po prawej dość głęboki rów poprzedzony parawanem nie wysokich krzewów.
Na wstecznym biegu, oddalamy się nieco od "asfaltówki".
W poszukiwaniu miejsca na zaparkowanie samochodu, wyboisty odcinek drogi pokonuję pieszo. Z każdym przebytym metrem, droga pnie się coraz mocniej do góry.
Po lewej stronie na horyzoncie, rysują się kształty domów. Po prawej, meandrująca wśród pól asfaltowa droga, a na niej jasna sylwetka auta terenowego, wolnym tempem pokonuje wyjątkowo śliski jej odcinek.
Zza ściany niewielkiego lasku, wyłania się pierwszy budynek gospodarczy, chwilę później przychodzi mi spojrzeć w puste i ciemne jak studnia bez dna, okna obiektu mieszkalnego.
Zamknięte z trzech stron budynkami niewielkie podwórko, niegdyś zapewne z równo wykoszoną trawią i kobiercem różnokolorowych kwiatów, dzisiaj jest zaniedbane i zachwaszczone.
Wyżej, bo już za domem udaje mi się znaleźć miejsce, gdzie wciśnięty między budynkiem a drzewami samochód nie będzie rzucał się w oczy.
Zadowolony z tego odkrycia, wracam na dół do pozostawionego na włączonym silniku samochodu.
W miejscu gdzie zaczyna się niewielki lasek, a droga przybiera delikatny łuk prawoskrętny, oprócz znajomej mi sylwetki pojazdu, na polu ornym dostrzegam również o jasnym lakierze terenówkę, rozkołysaną od nierówności niczym okręt na wzburzonym morzu.
Najwidoczniej, zniecierpliwiony czekaniem na przejazd kierowca jeepa, zdecydował się na taki manewr.
Próbuję przyśpieszyć, co na oblodzonej nawierzchni nie jest sprawą łatwą.
W połowie odcinka, terenówka zjeżdża z pola ornego, tym samym dając mi szansę na przyglądniecie się z bliska jej pasażerom. Mężczyzna i kobieta. Właściciele domku? Urbeksy?- raczej na tych ostatnich nie wyglądają.

Zmarznięte dłonie, zachłannie łapią strumień ciepłego nawiewu, wydobywającego się ze środkowych nadmuchów kokpitu.
- długo czekał?
-chwilę. Podjechał, po chwili cofnął i wjechał na pole- odpowiedziała siedząca obok koleżanka, nie odrywając wzroku od wyświetlacza telefonu.
Podjedziemy i zobaczymy o co chodzi z tym autem- rzucam propozycję, która brzmi raczej, jak stwierdzenie niż pytanie.
Rozgrzane ciepłym nawiewem palce, przesuwają dźwignię zmiany biegu w pozycję jazdy wstecz.
Pomimo delikatnego operowania skrajnymi pedałami, przednie koła napotykają na problem "wgryzienia" się w śliskie podłoże. Ujęcie trochę "gazu" przynosi oczekiwany efekt, najbliższe otoczenie mozolnie zaczyna przesuwać się do przodu.
W akompaniamencie przeszywającego dźwięku bocznych sensorów odległości, docieramy do celu. Zgrzyt zaciągnięte hamulca ręcznego, jakby potwierdził ten fakt.

Tajemnicza, o jasnym lakierze terenówka, spoczęła dokładnie w miejscu przeze mnie wcześniej wypatrzonym. Pusta, bez pasażerów.
Znowu, jak przy pierwszej cegielni, z eksploratorów zamieniamy się w obserwatorów.
Siedzimy, czekamy i zastanawiamy się co robić dalej. Żadne z nas nie dopatrzyło się "możliwości" na wejście do parterowego, drewnianego domku.
- okna pozamykane, ale jeszcze nadzieja w drzwiach wejściowych- dodaje, rozbawiona całą tą sytuacją koleżanka.
Gdzieś pomiędzy budynkami, w wysokich chaszczach skąpo malowanych światłem słońca, w półcieniu, dostrzegam jakiś ruch. Być może, to moja wyobraźnia płata mi w tym momencie figla, a może wiatr rozkołysach suche łodygi?
A jednak nie myliłem się- zza budynku od strony podwórza, wyłoniła się postać młodego mężczyzny.

Ubrany w spodnie moro i bluzę "polarową" w kolorze ciemnego beżu, mężczyzna przechodzi wzdłuż przedniego zderzaka,  na tyle blisko, że przednie sensory odległości, dają ponownie znać osobie. Na wyświetlaczu symulacyjnym znajdującym się w środkowej części kokpitu, powstaje "fala" adekwatna do pobudzonych czujników.
Lewa moja dłoń ląduje na bocznym panelu sterowania szybami, chwilę później palec środkowy bezbłędnie trafia na klawisz odpowiedzialny za przednią, lewą szybę. Do wnętrza wdziera się fala zimnego powietrza.

-Co państwo tu robicie?- pada, jakże oczywiste pytanie.
W tym momencie w mojej głowie rodzi się tylko jedna odpowiedź, jednak decyduję się odpowiedzieć pytaniem,
- Czy pan jest właścicielem tego domu?- odpowiadam, z nadzieję że zaprzeczy.
- Tak, jestem właścicielem tego domu.

Na wieść o naszej pasji odkrywania starych, opuszczonych nie tylko domów i uwieczniania ich niepowtarzalnego klimatu na zdjęciach, powoduje, że twarz jego zmieniła się, zesztywniała jak pokryta gipsem maska.
Jest więcej niż pewne, że nie zrozumiemy się. Ów gospodarz należy do tej grupy osób, która prędzej popuka się w czoło, pokręci głową i zapyta, po co tracić czas na spacery po ruinach.
Jest przeciwieństwem tamtego właściciela z cegielni. 

Przez pierwsze kilometry drogi powrotnej nie wspominamy ani słowa o przygodzie.
Dopiero później, jak minęliśmy inny kompleks cegielni odwiedzony dwa lata temu.
Zaczęliśmy gdybać, co by było gdybyśmy przybyli na miejsce nieco wcześniej, jeszcze przed właścicielem gospodarstwa.
Zapisane