Eksploracja Podkarpacie

Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukanie zaawansowane  

Aktualności:

SMF - Just Installed!

Autor Wątek: Trzydniowy weekend we Lwowie  (Przeczytany 1321 razy)

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Trzydniowy weekend we Lwowie
« dnia: Listopad 26, 2016, 06:37:36 am »

I stało się. Odwlekany od kilku miesięcy wyjazd do Lwowa, doczekał się w końcu realizacji.
Pierwszym krokiem było przygotowanie planu wycieczki, wyszukanie atrakcji.
Aby od początku poczuć wspaniały i niepowtarzalny klimat Kresów Wschodnich, decydujemy się nasz los oddać ukraińskiej komunikacji.
Tydzień przed wyjazdem, udaje mi się znaleźć w końcu hostel dysponujący wolnymi pokojami. Nie spodziewałem się, że tak trudno będzie o wolne miejsca w hotelach.
W momencie zaklepania urlopu na piątek, psuje się pogoda. Niebo w całości zostaje zdominowane przez ciężkie deszczowe chmury. Deszcz i wiatr przypominają, że mamy już październik.
Długoterminowa prognoza, nie wskazuje na żadną rewolucję. Ta późna jesienno- deszczowa aura ma się utrzymać jeszcze przez kolejne kilkanaście dni.
Czwartek, przeddzień wyjazdu, przynosi nadzieję. Ustaje deszcz, a wiatr jakby zelżał.
W ostatnim momencie, z przyczyn osobistych z naszego czteroosobowego składu wykrusza nam się jedna osoba. Wyruszamy w trzyosobowym składzie.

Piątek (dzień pierwszy)

We wczesnych godzinach porannych, docieramy do polsko- ukraińskiego przejścia granicznego w Medyce. Dwurzędowy ogon samochodów oczekujących na wjazd wskazuje na spory ruch.
Dla mnie jest to pierwsza wyprawa w tą część Europy, kiedy przejście pokonuje pieszo.
W akompaniamencie stukotu o bruk kół walizek, docieramy do bramki. Nie ma kolejek, raptem kilka osób i to Ukraińców.
W oczekiwaniu na naszą kolej, przeglądamy swoje paszporty z których udaje nam się wybrać najbrzydsze zdjęcie- jednogłośnie wybór pada na moje.
Po kilku minutach, karta mojego paszportu wzbogacona zostaje o kolejną, bo już siódmą czerwoną ukraińską pieczęć, i tym samym jesteśmy w Szegini.
Idąc wzdłuż drogi, dopada nas ukraiński kierowca busa, który proponuje nam transport do Lwowa. Odradza nam jazdę marszrutką, tłumaczy że zawsze zatłoczona i że wyrusza dopiero za dwie godziny, co oczywiście jest nieprawdą.
Chwilę później dołącza kolejny kierowca, który ku mojemu zaskoczeniu nie oferuje podwiezienie, lecz ostrzega mnie przed tym pierwszym- "jeźdźcie z każdym innym, ale nie z nim".
Ten pierwszy nie daje za wygraną i pomimo mojej stanowczej niechęci skorzystania z jego usług, proponuję podwiezienie nas już nie do Lwowa lecz na stację kolejową oddaloną o kilkanaście kilometrów. Odnoszę wrażenie, że za wszelką cenę, chce nas "usadowić" w swoim sprinterze.
Całe to zamieszania obserwuje grupka innych mężczyzn, z której po chwili jeden z nich podbiega już nie do mnie lecz do dziewczyn i ściszonym, ale stanowczym głosem ostrzega przed jego oszustwami, opisanymi zresztą w Internecie".
Ukraiński oferent odpuszcza, a my kierujemy się do miejsca z którego odjedziemy do Lwowa.
Po drodze, próbuję nieco uspokoić dziewczyny, zdenerwowane całym tym zamieszaniem. Próbuję "naszkicować" obraz tej Ukrainy i tych ludzi jakich zapamiętałem z poprzednich wyjazdów ( po zsumowaniu dni spędzonych za wschodnią granicą, wyszłoby łącznie z trzy tygodnie), o ich życzliwości i otwartości na innych. Prawie mi się to udaje.
Niewielki plac dworca autobusowego, od zachodu zamknięty jest ciągiem budynków, w murach których miejsce znalazła knajpka, nieduży sklep, kasa biletowa oraz toalety. W tym ostatnim usługa kosztuje 1 UAH.
Po niespełna kwadransie, pakujemy się do niedużego żółtego busa- to marszrutka.
Siedziska są komfortowe, miękkie i ku uciesze moich nóg, posiadają pod spodem sporo miejsca.
Tuż przed wyjazdem, kierowca wyposażony w plik banknotów przechodzi pomiędzy siedzeniami i zbiera opłatę za przejazd. Nas pomija bo mamy bilety.
Osiemdziesięciu kilometrowy dystans urozmaicony zostaje przejazdem przez wioski i niewielkie miasteczka. Z każdym przystankiem zaczyna robić się coraz tłoczniej. Z braku wolnych miejsc siedzących za siedzisko, wykorzystana zostaje również osłona silnika, znajdująca się w przedniej części pojazdu tuż obok kierowcy.

Ciekawostką dla nas jest sposób płacenia za przejazd przez wsiadających na trasie.
Nie płaci się przed czy po wyjściu z pojazdu. Opłaty uiszczane są w trakcie jazdy. Banknot wraz z informacją "dokąd" wędruje do kierowcy przekazywany z "rąk do rąk", a wydana reszta przekazywana jest tą samą drogą. Można by rzec, że ten sposób płatności Ukraińcy mają opanowany do perfekcji. Nie ma miejsca na błędy czy reklamacje.

Po blisko półtorej godziny jazdy, docieramy pod piękny dworzec kolejowy gdzie zaczyna się nasza przygoda ze Lwowem. Pomimo tego, że do hostelu mamy niespełna trzy kilometry, decydujemy się na przejazd starym lwowskim tramwajem, podróż którym ma niezaprzeczalny czar.
Wzdłuż niekończących się przedwojennych zabudowań, toczymy się wolno po nierównych torach, to znowu pod górkę i znowu w dół. Na pasach jezdni, panuje istny misz masz. Mieszanina starych radzieckich samochodów z nowoczesnymi niemieckimi i japońskimi o żywych, błyszczących lakierach.

"Staryj Rynok" to miejsce gdzie żegnamy sie z naszą "szóstką", tramwaj jedzie dalej a my udajemy się w kierunku północno- zachodnim. Garmin Etrex 20 x wyznacza nam kierunek.
Wąskimi uliczkami, wyłożonymi starym, przedwojennym brukiem, docieramy do kompleksu nieistniejących już Zakładów Gazowych. Obecnie znajdują się tu hotele i hostele, a kolejne adoptowane są na ten cel. W najokazalszym obiekcie, miejsce znalazły instytucje edukacyjne.
Wchodzimy do budynku opatrzonego logiem zielonego jabłka- to nasz hostel, w którym spędzimy trzy, najbliższe dni.

Więzienie przy Łąckiego

Okryty złą sławą, ten dwupiętrowy budynek, znajduje się przy zlocie ulic Stefana Bandery i Briułłowa.

Idąc wzdłuż ścian z sypiącym się tynkiem i niewielkimi oknami "ozdobionymi" kratami, dochodzimy pod niewielkie, jakby nie proporcjonalne do ogromu tego gmachu drzwi przy których widnieje nie rzucającą się w oczy z daleka tabliczka informującą nas, że trafiliśmy pod Muzeum Pamięci Narodowej "Wiezienie Przy Łąckiego".

Wchodzimy do niedużego przedsionka, oświetlonego leniwie sączącym się światłem lampy podwieszonej na sporej wysokości. Po lewej stronie biurko, a za nim zastygła w bezruchu siedząca postać starszej kobiety. Dopiero moje "Dzień Dobry", burząc panującą tu ciszę, tknęło w postać życie- kobieta poruszyła się.
Od niej dowiadujemy się, że zwiedzanie muzeum jest darmowe, no i że jest zakaz robienia zdjęć przy użyciu profesjonalnego sprzęty fotograficznego. Po tym ostatnim stwierdzeniu jej wzrok spoczywa na złożonym jeszcze statywie tkwiącym w mojej lewej dłoni.
Nie bardzo rozumiem sensu tego połowicznego zakazu, bo albo jest albo go nie ma. Siłą naszych argumentów, udaje nam się przekonać kobietę. Dostajemy zezwolenie na zdjęcia, jak się później okaże, tylko do czasu.

Przez wielkie i ciężkie niczym od skarbca drzwi, wyposażone w dość skomplikowany układ zasuw, przechodzimy do kolejnego, ale już większego pomieszczenia.
Na ścianie frontowej małe okienko przyozdobione niewielkimi plakatami propagandowymi minionej epoki.
Na przeciwległej ścianie dwie tablice ze zdjęciami i skanem dokumentów, opatrzonym opisem tylko w języku ukraińskim.
Cała ta niewielka ekspozycja dodatkowo zaakcentowana jest czerwoną poświatą, bijącą od sporego grzejnika ustawionego na trójnogu w kącie sali.
Łuszcząca się farba na ścianach i odpadający miejscami tynk, nadaje niepowtarzalny klimat temu miejscu.

Sala ta, jest również miejscem w którym przyszło nam ponownie zmierzyć się z zakazem fotografowania, wydanym tym razem przez inną, bardziej energiczną i żwawszą, kobietę- przełożoną tamtej pierwszej. Stanowcze "nie" dla udokumentowania tego miejsca przez....... lustrzanki. Nie było dyskusji.

Z aparatem nadal utkwionym na statywie i nadzieją na samodzielne zwiedzanie, wchodzimy do wąskiego korytarza. Ciąg ścian po obu stronach przerywany jest licznymi wąskimi drzwiami za którymi znajdują się cele izolatek. Każde z nich posiada wziernik, poniżej którego znajduje się niewielkie, zamykane okienko które po otwarciu staje się półką do podawania posiłku.
Cele są nieludzko ciasne. Metalowa wąska prycza, zajmuje połowę miejsca. Nie ma podłogi lecz klepisko ze sporym wybrzuszeniem biegnącym przez środek.

Oprócz naszej trójki i nie ustępującego nas na krok opiekuna muzeum, jest jeszcze młody mężczyzna fotografujący mniej profesjonalnym sprzętem, bo telefonem komórkowym. Podejmuję i ja próbuję zarejestrowania obrazów tą metodą, ale bez powodzenia, mój samsung absolutnie nie radzi sobie w tym świetle.

Przez drzwi, przechodzimy do kolejnego, ale dużo obszerniejszego korytarza. Podobnie jak w poprzednim, ściany zdominowane są przez wąskie drewniane drzwi, ale już nie tak obsadzone blisko siebie. Ściany tego pomieszczenia stanowią dość pokaźną ekspozycję zdjęć i wszelakich dokumentów. W większości z nich noszące symbole niemieckiego nazizmu, czy późniejszych, ściśle związanych ze stalinowskim reżimem. Jedne spisane maszynowo inne odręczne, ale każde z nich opieczętowane jest czerwoną gwiazdą. Ciąg długich list ofiar na których próżno jest szukać polskich nazwisk. Wszystko ułożone chronologicznie wg dziejących się faktów. Całą tą ekspozycję poprzedza potężna mapa z małymi czerwonymi punktami a w nich cyfry, które określają liczbę ofiar. Gdyby tak delikatnie rozmyć obraz, ogrom tych kropek stałby się jedną wielką czerwoną plamą. Tak ich dużo na tej mapie.

Biegający dotąd od celi do celi młody mężczyzna, w dyskretny sposób wskazuje nam szczegóły- a to napis wyryty na ścianie, zapewne ręką uwiezionego tu skazańca, a to kawałek białej kartki przyklejonej samoprzylepną taśmą do jednych z drzwi pod którą znajduje się wizjer z widokiem na ruiny tego co kiedyś stanowiło spacerniak.

Ów młody człowiek narodowości łotewskiej, z coraz większym zapałem wyjaśnia nam funkcje co niektórych pomieszczeń. Opowiada o celach zbiorowych większych od tych, które dotąd przyszło nam zwiedzieć, ale na tyle małych, aby zapewnić godziwe warunki wepchniętych tam czterdziestu osób. Tak upchnięci więźniowie, spali na zmianę- jedni leżeli, a drudzy stali.
Opowiada również o celach/ bunkrach, w których skazańcy od wybuchów granatów wrzucanych przez oprawców, kończyli swój żywot.

Mijamy kolejne cele.
Cela komendanta dość uboga w wyposażeniu. Sporej wielkości biurko, szafa i komoda na której spoczęła maszyna do pisania. Przed biurkiem stoi nie wielki stołeczek- być może miejsce dla przesłuchiwanego. Z wiszącego na ścianie portretu, chłodnym spojrzeniem spogląda Józef Stalin.

Kolejnym pomieszczeniem w znacznych stopniu odbiegającym swym wyposażeniem od wcześniejszych jest pracownia fotograficzna z wydzielonym miejscem na ciemnie.
Stary radziecki aparat na drewnianym statywie, a na ścianach zdjęcia osadzonych wykonane w charakterystycznych dla tego celu, trzech profilach.
Na przyściennym, zielonym blacie szafki znalazły miejsce liczne szklane butelki z odczynnikami chemicznymi oraz kilka plastikowych kuwet.

Pożegnawszy się z łotewskim "przewodnikiem", ulicą Mikołaja Kopernika kierujemy się do centrum, gdzie znajduje się drugi punkt naszego dzisiejszego programu.
Gdzieś w połowie drogi, dopada nasz deszcz, przed którym schronienie dają nam wolne od turystów parasole "ogródka piwnego". Czas oczekiwania spożytkowaliśmy na zarejestrowaniu wjazdu tramwaju pod wiatę przystankową, znajdującą się nieopodal.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 26, 2016, 06:42:37 am »

Dawny kościół Zakonu Jezuitów

Jak z zewnątrz mało ciekawy, niepozorny tak we wnętrz, dopracowany w każdym detalu. Z bardzo bogatym zdobieniem, z zapierającymi dech płaskorzeźbami. Malowidła i stiuki barokowe pokrywające całą przestrzeń powodują, że można bez końca stać i podziwiać.

Nie będę przytaczał historii tej świątyni, bo każdy kto zechce zagłębić się w nią, zrobi to dużo lepiej ode mnie. Ograniczę się tylko do podania pewnej ciekawostki, otóż przez blisko siedemdziesiąt lat, w murach tej jakże pięknej (żeby nie użyć określenia najpiękniejszej jaką przyszło mi zwiedzać) świątyni znalazły się ogromne zbiory książek dawnego Ossolineum. Fakt ten również potwierdzają stare, archiwalne fotografie.

Tragicznym akcentem w tym miejscu, są wyeksponowane w bocznej nawie kościoła, setki zdjęć ofiar wojny, której oficjalnie nie ma.
Z tych niewielkich papierowych portretów spoglądają twarze bardzo młodych mężczyzn.
Jedni ubrani w uniformy wojskowe, drudzy po cywilnemu. Ci ostatni uśmiechnięci, weseli stwarzają wrażenie że ich kadry, teraz przepasane czarną wstążką, są pamiątką z ostatnich wakacji.
Nie znajduje w sobie tyle odwagi, aby podejść i sfotografować. Obawiam się, że dźwiękiem migawki, zakłócę spokój stojących tu w zadumie być może członków ich rodzin czy znajomych.

Dzień chyli się już wieczorowi. Wychodząc z kościoła, zahaczamy jeszcze o pchli targ, na którym znaleźć można wszystko. Mnie urzekły stoiska ze starociami, natomiast dziewczyny w pełni oddały się temu co znajduje się na pozostałych stołach. Szukając, przebierając- próbują wybierać pamiątki dla bliskich.
Po blisko godzinnym przepychaniu się pomiędzy straganami, już dawno po z mroku, kierujemy się do hostelu po drodze robiąc jeszcze zakupy na rano.

Na miejscu czeka nas miła niespodzianka. Obsługa hostelu, składająca się z dwóch mężczyzn, zaprasza nas do suto zastawionego jadłem i alkoholem stołu.
Pomimo tego, że unoszący się w powietrzu aromat pieczonego kurczaka i ziemniaczków kusi nasze nozdrza, rezygnujemy z zaproszenia na rzecz zmęczonego organizmu, który w tym momencie domaga się tylko jednego- gorącej kąpieli i długiego snu.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #2 dnia: Listopad 26, 2016, 06:46:36 am »

Sobota (dzień drugi)

Lwów, Moskwa, Nowosybirsk i w końcu Irkuck z Bajkałem do którego tak łatwo jest teraz mi dotrzeć. Odgłos wyłączającego się czajnika odciąga mój wzrok od bezkresu ziem rosyjskich naniesionego na sporej połaci papieru.
Zmielone ziarna kawy zalane wrzątkiem, wyzwalają aromat, który wypełnia przestrzeń kuchni.
Z kubkiem gorącej kawy, rozsiadam się wygodnie przy jednym z licznych tutaj stołów. Niemy zegar przywieszony nad szafkami kuchennymi, za dwie minuty wskaże godzinę siódmą (czyli szóstą czasu polskiego).
Z kolejnym łykiem kawy, mój organizm domaga się dostarczenia odpowiedniej dawki nikotyny. Aby uzupełnić jej niedobór, wąskim korytarzem, rozświetlanym skąpym światłem płynącym z latarki mojego telefonu, przez drzwi wydające odgłos wrót starego zamczyska, wychodzę na zewnątrz. Uderza mnie chłód sobotniego poranka.
Sporej wielkości przyhotelowy plac, zamknięty jest zewsząd budynkami, gdzieniegdzie oddzielonymi wąskim przesmykiem, a w punkcie centralnym smukła budowla wieży, malowana zostaje delikatnym światłem, rzucanym z okien sąsiednich budynków.

Od napotkanego na porannym papierosie recepcjonisty, poznaję historię tego miejsca. O dawnych Zakładach Gazowych, którym śmiertelny cios zadała pierestrojka Gorbaczowa, i jej ofiarach- byłych pracownikach tychże zakładów, których pracowało sporo, bo ponad dwa tysiące. Ten wątek jednak szybko ucina.
Z większą przyjemnością i dumą przychodzi mu opowiadać o swojej córce, która obecnie mieszka w Gdańsku, a o jej sukcesach na płaszczyźnie życia osobistego i zawodowego mógłby opowiadać godzinami.
Rytualny, poranny papieros przechodzi w drugi, który nie smakuje już tak, jak ten pierwszy.

Mniej więcej po godzinie, pełnym już składem, wyruszamy realizować plan dnia dzisiejszego.
Zacieniona kamieniczkami, wąska uliczka doprowadza nas na prospekt Swobody z operą i pomnikiem Adama Mickiewicza. Na jeszcze pustym od turystów, szerokim deptaku nie zatrzymujemy się na długo, raptem kilka pamiątkowych zdjęć i ruszamy dalej. Spokojnymi uliczkami tonącymi już w jesiennych barwach, docieramy w rejon cmentarza.
Na tle dolnej bramy omiatanej promieniami wschodzącego słońca, dostrzegamy uwijających się przy pracy robotników drogowych. Cała równoległa do ogrodzenia cmentarza, ulica została zamieniona na wielki plac budowy.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #3 dnia: Listopad 26, 2016, 06:55:47 am »

Cmentarz Łyczakowski/Orląt

Przy głównej bramie cmentarza zaczyna robić się tłoczno. Z zaparkowanego na nowo wyremontowanym odcinku drogi autokaru, wąskim strumieniem "wylewa" się grupa pasażerów, a bliżej ogrodzenia ukraińska młodzież szkolna oczekuje na swojego przewodnika.
Przez strzelistą bramę, wchodzimy na rozległy plac wyłożony współczesną kostką brukową.
Po prawej stronie wejścia, szeregowe zabudowanie niskich budynków, gdzie w jednych z nich znajduje się kasa biletowa, niewielki sklepik z pamiątkami oraz toalety.

Położona na wzgórzu porośniętym drzewami, poprzecinana licznymi alejkami, nekropolia przypomina rozległy park.
Pomniki wykonane są w różnym stylu, od tych wzruszających prostotą, po prawdziwe dzieła sztuki.
Te ostatnie, wykonane przez światowej sławy rzeźbiarzy, są odzwierciedleniem poziomu zamożności dawnych mieszkańców Lwowa.

Spacerując alejkami, odnajdujemy grób z popiersiem poetki- Marii Konopnickiej kojarzonej chyba wszystkim z bajką " O krasnoludkach i sierotce Marysi". Ten grób wyróżnia się od innych i nie trudno go nie zauważyć. Udekorowany jest kwiatami i licznymi zniczami.
Idąc dalej, odnajdujemy kolejne znane nazwiska: Gabriela Zapolska, Artur Grottger, Julian Ordon i wiele innych.

Mijamy kolejne pomniki. Jedne z fotografiami nagrobnymi ukazujące dawnych lwowian, inne z samymi nazwiskami, których już nie sposób odczytać.

Na chwilę zatrzymujemy się przy polskiej grupie turystów. Wsłuchujemy się w historię młodego, ukraińskiego poety (Władimir Iwasok), który w swoich utworach przedstawiał poglądy rozbieżne z ideami komunizmu, znalezionego pewnego dnia w lesie powieszonego. Media wówczas podały o samobójstwie człowieka chorego psychicznie.

Jedną z głównych alejek, kierujemy się na Cmentarz Obrońców Lwowa.

W cieniu górującego nad tym terenem łuku triumfalnego, tworzy się nowa kwatera współczesnego konfliktu militarnego. Kilku rzędowy szpaler drewnianych krzyży, utkwionych w świeżo powstałych kopcach udekorowanych licznymi barwnymi wieńcami, a na nich kolorowe zdjęcia ofiar- młodych mężczyzn. Daty ich śmierci są tak nieodległe. Maj, czerwiec, lipiec 2016 roku.
Ale to nie jest ich koniec. łopata grabarza wyrzuca kolejne grudy ziemi, tworząc tym samym miejsce dla kolejnej ofiary wojny o której się nie mówi.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 26, 2016, 07:00:52 am »

Stromymi schodami, wchodzimy do miejsca gdzie wiecznym snem spoczęli obrońcy polskiego Lwowa, w sporej części szkolna młodzież- Orlęta Lwowskie.

Nasz wzrok przykuwają regularne kwatery złożone z rzędów takich samych grobów z białymi krzyżami.
Teren cmentarza od strony północnej zamknięty jest ciągiem katakumb mających formę bliźniaczych arkadowych podcieni, nad którymi góruje niewielka, owalna kaplica.

W części południowej, usytuowana jest brama w formie łuku triumfalnego, a na niej napis "Mortui sunt ut liberi vivamus".
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 26, 2016, 07:05:28 am »

Mniej więcej koło południa, opuszczamy teren cmentarza.

Wzdłuż głębokiego wykopu remontowanej ulicy, grzbietem piaszczystego nasypu, który kiedyś stanowiło chodnik, dochodzimy do ulicy Łyczakowskiej, za którą teren zaczyna lekko się wznosić.
Wąskimi uliczkami, przechodząc z jednej na drugą-podobną, mijamy osiedle domków w większości współczesnych.
W gęstwinie zabudowań, udaje nam się dostrzec i te przedwojenne, poszarzałe, z odpadającym tynkiem, niekiedy tajemniczo schowane pod bluszczem.

W trosce o przywrócenie w moich kompanach dobrych humorów stłumionych obecnie niekomfortowym podejściem, decyduje się na żart. Tkwiącą w mojej prawej dłonie nawigację odwracam tak, aby kursor wskazał kierunek przeciwny. Tak sfałszowany obraz, oprawiam w słowa:
- cholera, to nie ten kierunek, źle idziemy!- wyrzucam nagle z siebie
- jak nie ten kierunek?- obrusza się koleżanka
- no nie ten!, trzeba iść tam- w tym momencie jej wzrok powędrował za kierunkiem mojego palca, wskazującego odległe wzgórze po drugiej stronie cmentarza.

Szewczenkowski gaj

Teren skansenu poprzedzony jest niedużym parkingiem, sporym ogródkiem zadaszonych stolików oraz niewielką, drewnianą budką z półkami wszelakich napojów oraz kolorowych paczek różnorakich tworów "chipso-podobnych".
Od pani w okienku, w tym momencie obsługującą dość pokaźną grupę, dowiadujemy się że "kawy czy herbaty nie ma, ale jak poczekamy chwilę to przyniesie czajnik i zaparzy nam kawę".
Wizja długiego oczekiwania, a czas nagli, powoduje że rezygnujemy z uprzejmości młodej Ukrainki.
Wyposażeni w bilety wstępu, wchodzimy zwiedzać to co skryte zostało za potężną, drewnianą bramą.

Złożona na powierzchni 50 ha, ekspozycja liczy ponad sto pięćdziesiąt obiektów. Podzielona jest na strefy prezentujące budowle z różnych zakątków Ukrainy.
Teren skansenu dość urozmaicony. Nie prowadzą po nim drogowskazy wyznaczające kierunek zwiedzania. Szeroka droga niekiedy przechodzi w wąską ścieżkę, która schodzi w dół wąwozu po to, aby kilkadziesiąt metrów dalej piąć się w górę.

Po drodze mijamy stoiska z produktami regionalnymi i rękodziełem ludowym. Przy jednym z nich tworzy się szmaciane laleczki wypełnione siedmioma gatunkami trawy, przy innym można spróbować miodu i posłuchać o jego zdrowotnych właściwościach.
Natkniemy się tu również na kuchnie polową, gdzie można popróbować prawdziwych kozackich specjałów.

Na zwiedzenia ogromu pamiątek architektury drewnianej, warto zarezerwować sobie z pół dnia, bo chodzenia jest sporo.
Z racji napiętego planu dnia, ograniczamy się do zwiedzania tych najciekawszych obiektów- przede wszystkim cerkwi z pięknym ikonostasem i bogatym wystrojem.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 26, 2016, 07:08:24 am »

c. d. skansen
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 26, 2016, 07:21:11 am »

Opadająca w dół droga powrotna, doprowadza nas ponownie do Łyczakowskiej.
W wyniku nasilającego się w nas z każdą minutą uczucia głodu i pragnienia, naszą uwagę skupiamy na szyldach widniejących na mijanych kamieniczkach.

W narożniku z ulicą Czechowa z szeregu takich samych, trzypiętrowych i podobnie odrapanych kamienic, dostrzegamy tą jedną.

Udekorowane kwiatami parapety okienne i odrzwia, wyróżnia ją od pozostałych. Tak przyozdobiona stwarza wrażenie, że stoimy przed budynkiem kwiaciarni, tylko spory szyld zawieszony na frontowej ścianie twierdzi, ze tak nie jest.
Wielka sala wypełniona niedużymi, kwadratowymi stolikami, a przy każdym z nich, cztery krzesła. Biały obrus a na nich fajansowy flakonik z kwiatami oraz serwetnik.
Wzdłuż ścian, ciągną się różnego kształtu i wielkości metalowe kwietniki, a w kącie sali skryty ciemnym brezentem sprzęt grający czeka na najbliższy bankiet.
Podłoga wyłożona sporymi płytkami na których przez lata wzór zachował się najbliżej ścian, tworząc tym samym jakby obramowanie.

Z wyborem głównego dania nie mieliśmy problemu, bo już od skansenu marzyły nam się pyszne Pielmieni. Problem nastąpił z wyborem piwa, którego na kartach menu dość sporo. Metodą skojarzeń, wybieramy trzy różne gatunki.


Opera Lwowska

Pod tym pięknym budynkiem zjawiamy się punktualnie o siedemnasta trzydzieści. Właśnie o tej porze jesteśmy umówieni na sfotografowanie jego wnętrza . Dziewczęta wchodzą do środka dograć sprawę, a ja zostaję na zewnątrz pilnując sprzęt fotograficzny.

Po chwili dowiaduję się, że udało im się zdobyć bilety na operę Rigoletto, co jeszcze wczoraj w kasach było niemożliwe, bo wszystkie bilety zostały wyprzedane. Fakt faktem, opera pęka w szwach. Próbuję wybronić się z tego pomysłu, ale decyzja należy do większości.

Zgromadzony licznie tłum ubrany w stroje wieczorowe, oczekuje na pierwszy dzwonek zwiastujący początek spektaklu.
Nasza sportowa odzież, buty noszące zaschnięte ślady spaceru po skansenie, nie bardzo odnajdują się między czarnymi szpilkami i eleganckimi mokasynami.

Wnętrze opery zachwyca, jest co oglądać. Sala widowiskowa z balkonami i lożami które stanowią reprezentacyjny charakter widowni, zdominowana jest przez purpurę i złoto.

Najwidoczniej do reszty schamiałem, bo w przerwie pomiędzy drugim a trzecim aktem, rezygnuję z epickiego przeżycia.
Wracam po godzinie. Przeciskając się przez wychodzący z budynku tłum, udaje mi się ponownie dotrzeć na balkon. Z chwilą wygaszania świateł, matryca światłoczuła aparatu zaczyna rejestrować obrazy.
Zapisane

Reporter

  • Kapral
  • Offline Offline
  • Wiadomości: 53
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #8 dnia: Listopad 26, 2016, 07:23:04 am »

Po sesji zdjęciowej, która odbyła się w iście sprinterskim tempie, kierujemy się do sushi- baru, zlokalizowanego na przeciwległym końcu placu.
Z braku wolnych miejsc i zbyt długiego oczekiwania na realizację zamówienia, rezygnujemy z japońskiego specjału.
Wędrując od baru do baru, szukamy ciekawej miejscówki na późną kolację.

Gdzieś koło północy, docieramy do tonącego już w ciemnościach, naszego hostelu.
Krótki dzwonek do drzwi, nie przynosi rezultatu.
- Jakby co, to pozostaje nam wieża z pięknym widokiem na Lwów nocą- rzucam tak od niechcenia,
Drugi dzwonek już bardziej zdecydowany i znacznie dłuższy, przywraca nam nadzieję na nocleg w łóżku.
Spowity mrokiem długi korytarz widoczny za oszklonymi drzwiami wejściowymi, zostaje rozświetlony ostrym światłem jarzeniówek.
Odgłos przekręcanego w zamku klucza, oddala wizję noclegu w smukłej, ceglanej budowli.

CDN
Zapisane

robi15

  • Major
  • Offline Offline
  • Płeć: Mężczyzna
  • Wiadomości: 826
Odp: Trzydniowy weekend we Lwowie
« Odpowiedź #9 dnia: Listopad 26, 2016, 08:44:18 am »

Do roboty nie zdążyłem przez to. Bardzo fajny opis. :beer:
Zapisane